"...nieraz się budziłem
wylękły że wszystko przeszło
że na wszystko się spóźniłem,
nie ma już nigdzie nikogo;
odwrotność tego:
czeka się, jest skupienie
na co sie czeka?
na nic,
to jest to, co jest
to jest najwięcej
i wszystko
ale i to mija
szkoda, czego szkoda?..."
Nie kupiłam sobie życia.
Zostało mi dane.
Jakby w prezencie...
Obleczono go w opakowanie, które docelowo osiągnęło rozmiar 164 cm pomnożone przez obwód w biodrach i podrzucono pod drzwi.
Na ręku uwiązano czerwoną kokardkę - na szczęście, przeciw urokom.
Gdybym go kupowała to mogłabym sobie wybrać coś ekstra. Jakbym miała kasę to zażyczyłabym sobie jakiś model "full wypas".
Ale darowanemu koniowi w zęby się podobno nie zagląda.
Bierz Foresia i nie narzekaj. Przecież darmochę masz.
A na darmochę to (nawet jak jest wersją zubożoną) nie wolno psioczyć.
Mówią, że kowalem swego życia każdy bywa sam, ale ja mam czasami wrażenie jakbym miała na niego taki wpływ jak halny na baranie jaja... czyli żaden.
Moje życie jest ostatnio jak wytwór rzemieślniczej wyobraźni, przy czym rzemieślnik, który go tworzy jest ślepy i głuchy. Na dodatek jego dzieło jest pełne niedoróbek i nic właściwie sobą nie reprezentuje.
Do kosza to badziewie wyrzucić!!!
Ale tego też się nie da zrobić.
Prezentów nie wypada wyrzucać.
Tym bardziej, że jestem osobą dobrze wychowaną. No, przynajmniej tak mi się wydaje.
A co zrobić jak prezent zaczyna się psuć?
Nie dodano do niego gwarancji, ani terminu ważności.
Czy naprawa jest oplacalna?
Nie ma nad czym się zastanawiać, bo i tak nie ma serwisu.
Reperować samemu?
Znowu wyjdzie jakaś niedorobiona samoróbka... posklejana i poskręcana na druty.
Rozglądam się dokoła siebie i wyłuskuję z tłumu wiele takich samoróbek.
Eureka!
Nie jestem sama!
Więc hop do kupy?
A może jednak uciec... pozostawiając za sobą puste opakowanie z ironicznie uśmiechniętą czerwoną kokardką???
-------------------------------------------------------------- Przepraszam, ale na razie nie mogę pobiegać po Waszych blogach. Wybaczcie.
Spojrzałam uważnie na 12-latka, któremu po głowie takie myśli biegają.
Chciałam coś tam rzucić żartem, ale jego poważna mina wstrzymała mnie, przynajmniej na chwilę.
- A co ci znowu po głowie chodzi? - zapytałam poważnie.
- No bo żona to jest za duża inwestycja.
- Chodzi Ci o wesele?
- Nie, chodzi mi o potem...
- A mógłbyś dokładniej babci powiedzieć co też to za inwestycja?
- No bo zobacz, babciu... kobiecie trzeba cały czas coś kupować. Ciągle nowe ciuchy i nowe buty. A torebki i inne pierdołki to już do przesady. Ciągle do fryzjera i na paznokcie, no i do kosmetyczki. A telefony... to już nie wspomnę. Kto by to wytrzymał?
- Ale to taka inwestycja, która się zwraca.
- Jak to się zwraca?
- No, kobieta prowadzi dom, sprząta, pierze, prasuje, gotuje....
Wnuczek zamyślił się na chwilkę.
- Wiesz, to ja wolę chyba gosposię zatrudnić. Jednak będzie taniej.
- Jeszcze taniej będzie jak sam będziesz to wszystko robił. - rzuciłam propozycję.
- O, nie!!! Ja się do takich prac w ogóle nie nadaję. - sprzeciw był natychmiastowy.
- Ale przecież teraz robisz niektóre rzeczy w domu.
- Ponieważ mieszkam z mamą to muszę się dostosować do jej zasad. Niestety... - westchnął.
- No widzisz...
- Ale to jest tylko okres przejściowy!!! - padło kategoryczne stwierdzenie.
- Daj ci Boże... - mruknęłam.
Dłuższy czas panowała cisza. Każdy zajął się swoimi sprawami.
Nagle znowu usłyszałam poważny głos wnuka.
- Acha, babciu, jeszcze chciałem pogadać o modelu rodziny, tak na wszelki wypadek...
- Tak na wszelki wypadek?
- No, bo przecież nie pomyślałem, że trzeba mieć dzieci...
W tym momencie po prostu stchórzyłam... Nie byłam chyba przygotowana na rozmowę z 12-latkiem o modelu rodziny i... dzieciach.
- A może zrobimy kopytka? - rzuciłam perfidnie, wyciągając najcięższą broń jaką dysponuję.
- Kopytka, kopytka... jasne!!!
Wyrażnie kopytka wygrały z modelem rodziny - przynajmniej na razie.
Odsapnęłam z ulgą.
Znowu dostałam balsam do ciała.
Jak co okazja na prezenty.
I znowu walnę go gdzieś do kąta żeby umarł śmiercią naturalną z momentem wykończenia się terminu ważności.
Balsam jest dla mnie symbolem.
Jest symbolem niezważania na potrzeby drugiej osoby, nieznajomości jego przyzwyczajeń, a krótko mówiąc mienia w dupie... kogoś, czyli mnie.
Wolałabym niczego nie dostać. Mogłabym wtedy pomyśleć, że z powodu braku kasy nie dostałam nic, ale gdyby ta kasa była to dostałabym jakąkolwiek drobnostkę, która jest mi w życiu potrzebna.
Może rajstopki za trzy złocisze, a może jakieś figi z wymyślną koronką? Może perfumki, które właśnie mi się kończą? Może rafaelki, które po prostu uwielbiam?
Ale na pewno nie balsam, którego nigdy nie użyję i których to balsamów stoi cała bateria w łazience.
- Czy coś nie tak? - usłyszałam w momencie rozpakowywania prezentu.
Pewnie miałam jakąś dziwną minę, czemu zresztą się nie dziwię wcale.
- Nie. - odpowiedziałam.
No bo co miało być nie tak skoro wiedziałam, że to będzie właśnie to.
- Wszystko w porządku, tylko nie wiem czy jeszcze zmieści się na półce w łazience. - byłam szczera aż do bólu.
- O!!! I jeszcze Ferrero Rocher, których nienawidzę!!!
- Wiem, że wolisz rafaelki, ale nie było akurat w sklepie...
- Rozumiem. Plan trzeba było wykonać, więc zastępczo... Ale nie martw się, goście zjedzą.
No i nareszcie trafiony prezent. Na dnie torebki leżały... trzy paczki moich fajek !!!! Rewelacja!!!
Ludzie, czy to ja jestem tak do końca popieprzona, czy mam farta jak k...a w deszcz?
A może taki jest boski plan?
.
Zbliżam się powoli do krańca mojej drogi. Oglądam się coraz częściej za siebie i analizuję swoje życie. Wspominam dobre i złe chwile, moje smutki i radości.